„Śpij synu…”

Wiem, długo mnie nie było…Tak jakoś wyszło, ale to było do przewidzenia, że tak będzie. Ja, w gorącej wodzie kąpana nienawidzę bezczynności i zawsze sobie coś wynajdę, a teraz najzwyczajniej w świecie nie nadążam. Zaczął się już sezon prac ogrodowych, więc mam zlecenia, jak Wam wiadomo zaczęłam szkołę (na stare lata uczyć mi się zachciało haha). Ostatnio też na trzy dni położył mnie do łóżka ból głowy, zatoki się odezwały. Tak więc wybaczcie, trochę się zaniedbałam…

Wczoraj minęło sześć lat od śmierci mojego kuzyna, chrześniaka i jak go nazywałam mojego syna…

20. 03. 2012 r. o godzinie ok.7.00 dostałam telefon ze szpitala, że mam natychmiast stawić się w szpitalu w sprawie mojego kuzyna. Nogi się pode mną ugięły, przez telefon nic mi nie powiedzieli. Mało myśląc prosto z łóżka (nawet za bardzo się nie ogarnęłam) w samochód i do szpitala. Już wtedy przeczuwałam, że stało się coś niedobrego. Z mężem podejrzewaliśmy, że znów ktoś go pobił albo wdał się w jakąś bójkę.

Przeraziłam się już po pierwszych krokach szpitalnym korytarzem. Na nasz przyjazd czekała cała rzesza ludzi, od razu podszedł pielęgniarz z propozycją, że nas zaprowadzi do Pani Ordynator. Chciałam się czegoś dowiedzieć, wypytywałam go, ale nic nie powiedział. Byłam bardzo, ale to bardzo wystraszona…Myśli jak szalone biegały mi po głowie, tysiące różnych sytuacje przewijało się  w zastraszającą prędkością. Próbowałam się czegokolwiek domyślać. Szłam jak na skazanie, ta niewiedza była fizycznym bólem. Umysł pracował na najwyższych obrotach, a i tak nie był w stanie tego ogarnąć.

Zaprowadził nas pod drzwi sali operacyjnej, tu mieliśmy czekać na przyjście Pani Ordynator. Po chwili do nas przyszła. Powiedziała, że nie są pewni czy to akurat o niego chodzi, bo nie miał przy sobie dokumentów. Chciała byśmy podali jakiś znak szczególny. Mąż powiedział, że ma bliznę na prawym obojczyku po nie dawnym złamaniu i operacji. Poszła, po chwili wróciła i powiedziała, że to napewno ON.

Mówiła, bardzo dużo, była oburzona i zła…Dostał nożem w udo. Ostrze przeszło na wylot, przecinając tętnicę, ścięgna i mięśnie. Nie mogli zatamować krwotoku, reanimowali go dwa razy, był w stanie agonalnym…

Ona mówiła, a do mnie to nie docierało. Patrzyłam na Nią tępym wzrokiem i myślałam sobie: „Co Ona pieprzy, w jakim stanie agonalnym, jaka roślinka…? Przecież to jest tylko noga, ludzie dostają w brzuch i z tego wychodzą. On jest młody, da radę, może noga nie będzie sprawna, ale będzie żył…”

Znowu poszła, zostawiając nas na korytarzu. Wmawiałam sobie, że nie może być aż tak źle, że Ona po prostu trochę przesadza, podaje diagnozę na wyrost. On na pewno da radę, wyjdzie z tego… Zabiorę Go do domu i będę się Nim opiekowała. Nie wiem jak długo staliśmy pod salą operacyjną, ale to co wtedy tam czułam, te wszystkie myśli to jeden niewyobrażalny koszmar. Przez ten czas przeszłam wszystkie stany emocjonalne, od wiary i nadziei, poprzez obwinianie siebie i męża za to, że pozwoliliśmy mu zamieszkać na stancji, że Go nie dopilnowałam, że za mało Mu poświęciłam czasu, że nie znałam Jego kolegów…

Po jakimś czasie drzwi się otworzyły i ekipa wyszła wioząc Go na szpitalnym łóżku. To co zobaczyłam, jest po prostu nie do opisania…Moje dziecko (bo On zawsze był dla mnie jak moje dziecko i też Go tak traktowałam, a moje dzieci uważały Go za starszego brata) całe we krwi, twarz, włosy, ręce…wszystko. Taki blady i inny…

Dopiero wtedy dotarła do mnie cała powaga tej sytuacji. Jednak nie poddawałam się i dalej wierzyłam, ze będzie dobrze, może nie idealnie, nie tak jak wcześniej, ale damy radę…

Zabrali go, żeby Go umyć i przebrać, a nas znowu zaprosiła Pani Ordynator na rozmowę, tym razem do swojego biura. Powiedziała, że On był do uratowania, że mógłby wyjść z tego praktycznie bez szwanku. Winę za obecny Jego stan ponosi lekarz z innego szpitala. Jak się okazało dostał nożem od kolegi podczas domowej libacji. Karetka, chodź miała nie cały kilometr to jechała 45 minut. Lekarz potraktował Go jak pijanego ćpuna i po mimo tego, że On wymagał natychmiastowej operacji, to oprócz założenia opatrunku nikt się Nim nie zajął. Leżał na izbie przyjęć i się wykrwawiał. Później, też nie wiedząc czemu, postanowili Go przewieść do innego szpitala oddalonego o ponad 20 km. W karetce pierwszy raz Go reanimowali. Lekarze robili co mogli by Go ratować, ale stracił za dużo krwi, nie dawali Mu szans…Była wzburzona zachowaniem lekarza. Oznajmiła, że Oni jako szpital złożą oficjalną skargę na lekarza i tamten szpital. Mówiła też, żebyśmy jako rodzina też wystąpili ze skargą. Wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. Dla mnie liczyło się tylko to by On przeżył i w miarę z tego wyszedł.

Po rozmowie mogliśmy do Niego iść. Stałam przy Jego łóżku i powtarzałam, chyba bardziej sobie, niż Jemu, że będzie dobrze, że się nim zaopiekuję, że damy radę…Prosiłam by się nie poddawał, żeby walczył…

Pielęgniarki kazały jechać nam do domu po przybory toaletowe, ubrania  itp. Przyjechałam do domu i zaczęłam Go pakować z myślą, że zaraz do niego pojadę, żeby być przy nim jak się obudzi po operacji. Ok. 9.00 dostałam wiadomość ze szpitala, że On już nigdy się nie obudzi, że nie żyje…

To były chyba dwie najgorsze godziny w moim życiu. Wtedy wraz z nim umarła jakaś część mnie. Bardzo przeżyliśmy Jego odejście. Moje dzieci długo miały koszmary i zrywały się z płaczem. Nie mogły wybaczyć sprawcy tego czynu. Jeden mój syn długo nie mógł dojść do równowagi emocjonalnej. Bałam się o Niego, bo łapał za nóż i chciał zabić sprawcę. To był bardzo ciężki okres dla całej rodziny (ludzie też nie pomagali swoimi osądami, domysłami i opiniami).

To była sobota, tego dnia mieliśmy wyprawić Mu 20 urodziny. Zmarł dwa dni przed swoimi urodzinami. Mógł żyć, miał szansę, tylko, że ktoś tą szansę mu zabrał. Dlaczego…? Tego chyba nigdy się nie dowiem. I jeśli miałabym kogokolwiek obwiniać, to największy żal mam do lekarza, który mógł Go uratować, a tego nie zrobił.

Sprawa ciągnęła się kilka lat, co jakiś czas gazety do tego wracały. Jednak ja byłam ponad tym wszystkim, nie interesowało mnie ile lat dostał sprawca, ani czy lekarz będzie dalej lekarzem…Ja straciłam kogoś bliskiego i mój wewnętrzny ból nie zmniejszy się gdy kogoś zostanie ukarany, bo to i tak nie przywróci Mu życia. Nie będę nikogo osądzała, od tego jest Bóg on to zrobi najsprawiedliwiej.

3 myśli na temat “„Śpij synu…”

Dodaj własny

  1. Niedbalstwo i leserstwo lekarza tym razem kosztowało znacznie więcej niż utratę godności i zdrowia… zastanawiam się ile jeszcze takich sytuacji musi się powtórzyć, aby ktoś „wyżej” dostrzegł skalę problemu…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: